"Do szczęścia nie potrzeba nam wiele.
Reszta jest na pokaz"
Forrest Gump
6C201FAA-5544-4432-890C-996326C1112E.jpeg

Czy macie takie miejsce w swoim sercu, które miało wpływ na całe Wasze życie?

Właśnie takim moim miejscem była mała cukierenka mojego Dziadka Tadeusza.  Mieściła się w starej kamienicy na warszawskiej Pradze.  Przez szklaną witrynę na parterze budynku widać było gabloty z ciastkami.

Ściany były w kolorze kremowym, a podłoga w biało- czarne kwadraty. W witrynie stał szklany szyld “Pracownia cukiernicza Tadeusza Czwarno”. 

Było to maleńkie pomieszczenie pachnące bajaderkami, makowcem i najlepszymi na świecie pączkami. W lato były też lody, których wyjątkowo kremowy smak pamiętam do dziś. Ale najważniejsza była atmosfera tego miejsca. 

Za ladą uśmiechnięte sprzedawczynie w fartuszkach i koronkowych opaskach na głowach, pakowały klientom ciasta, raz po raz żartując z dziadkiem. 

Nie było tam ani jednego stolika, a lokal nie przypominał wystrojem eleganckich cukierni w Śródmieściu. Było bardzo skromnie, ale przy tym niezwykle autentycznie. 

W środku zawsze kłębił się tłum ludzi, a w Tłusty Czwartek czy przed świętami przed cukiernią ustawiały się kolejki. Dziadek znał wszystkich mieszkańców okolicznych domów, a wszyscy znali jego i dzielili się z nim nowinkami ze swojego życia. 

 Bo dziadek potrafił słuchać i każdemu chciał pomóc. Dbał przede wszystkim o innych.

Lubiłam tam jeździć, patrzeć na wielkie maszyny mieszające masę i na piekące się ciasta. Lubiłam być w tym słodkim świecie, bez zbędnego blichtru, szczęśliwym, pełnym ciepła, radości i prawdy.

Dzięki przyjaźniom Dziadka, nawet w najtrudniejszych czasach, nigdy nie brakowało nam najlepszej jakości produktów na święta. Pamiętam, że Dziadek przywoził świniaka i Babcia dzieliła między całą rodzinę. W święta spotykaliśmy się przy długim stole, zastawionym upieczonym boczkiem, schabem, szynką, sałatkami i śledziami.

Wszyscy zbieraliśmy się wcześniej i przygotowywaliśmy wspólnie stół w oczekiwaniu aż Dziadek wróci z cukierni po wydaniu wszystkich świątecznych wypieków. 

Kiedy wreszcie się zjawiał, zawsze miał w ręku pudełko zawinięte szarawym papierem i obleczone brązowym sznurkiem. Nawet zapach tego sznurka pamiętam do dzisiaj.  Kiedy nadchodził już odpowiedni moment, po głównym posiłku, Babcia rozpakowywała to pudełko i wykładała na dużą paterę makowiec z białym lukrem i skórką pomarańczową, sernik w kratkę z rodzynkami, szarlotkę posypaną cukrem, kremówki i moje dwa ulubione ciastka, czyli pączowe i bajaderki. Ciastka pieczone przez Dziadka nie miały finezyjnych zdobień, za to smak, którego nikt nie był w stanie powtórzyć.

Dopiero po latach, rozmyślając o cukierni dziadka, zrozumiałam sens powiedzenia mamy Forresta Gumpa: „Do szczęścia nie potrzeba nam wiele. Reszta jest na pokaz”.

Dziadek dał mi piękną pasję, pasję do słodyczy, do pieczenia. Od najmłodszych lat próbowałam go naśladować przygotowując swoje własne wypieki w domu. Wymyślałam nowe przepisy, eksperymentowałam. 

Tworzone przeze mnie smaki testowałam najpierw na lalkach, a potem na koleżankach z klasy i podwórka zapraszając je na przyjęcia do domu.

To zawsze sprawiało mi radość, osładzanie życia innym.  

Kiedy pracowałam w dużych firmach, moim sposobem na relaks było właśnie pieczenie. Wieczorami i w weekendy mieszkanie zamieniało się w małą domową cukiernię, a ja szukałam wciąż nowych inspiracji w książkach, nie tylko kucharskich, filmach i programach. 

W końcu postawiłam wszystko na jedną kartę, zostawiłam pracę w korporacji i otworzyłam swoją własną kawiarenkę. Prowadziłam ją przez dwa lata i mimo, że nie przetrwała próby czasu, była przystankiem na drodze do kolejnego etapu, podróży w poszukiwaniu słodkich smaków świata.

Każdy kraj, który zwiedziłam, odkrywał przede mną nowe receptury, nowe inspiracje i stojące za smakami tradycje. Potrawy i desery, które próbowałam, okazywały się mieć fascynującą historię, którą poznawałam dzięki kucharzom, cukiernikom, ale przede wszystkim mieszkańcom danego regionu.

Poznałam wiele wspaniałych osób z pasją do smaków, których opowieści słuchałam jakbym czytała najbardziej interesującą książkę o życiu, sagach rodzinnych, a często czułam się jakbym sama stała się jednym z bohaterów.

Na Sycylii próbowałam najlepszych na świecie deserów z kremem pistacjowym, w tym rozsławionej Casatta Siciliana przygotowanej przez szefa kuchni z cukierniczą pasją od pokoleń, w Gruzji nauczyłam się robić czurchkhelę, która niegdyś dodawała sił i energii żołnierzom idącym na wojnę, w Rumunii odkryłam smak niezwykłego chleba cynamonowego pieczonego na ogniu, w mieście narodzin Tirmisu, czyli włoskim Treviso miałam zaszczyt być jurorem w Mistrzostwach Świata Tiramisu, gdzie kilkaset osób z całego świata prezentowało swoją wersję tego deseru, w Katalonii posiadłam sztukę przygotowywania churros, które maczane w gęstej czekoladzie dosłownie rządzi tu już od śniadania.

Poznając tajniki słodkiej kuchni zobaczyłam, że sam deser to nie wszystko, bo wszędzie towarzyszą mu emocje i wartości, rodzina, przyjaźń, pretekst do wspólnej biesiady, rywalizacja, tradycja, a przy tym ogromna radość.

Nie jestem historykiem ani naukowcem, jestem ciekawa świata, ludzi, ich pasji i odkryć, przede wszystkim tych słodkich. A historia deserów jest fascynująca.

Chcę wiedzieć, kiedy po raz pierwszy stworzono deser, który właśnie przygotowuję, czy zrobił go stary cukiernik, zakonnica, nauczycielka, kurtyzana, a może powstał zupełnie przypadkiem, bo ktoś popełnił błąd? 

Jaka filozofia kierowała twórcą? Czy była to ciekawość, eksperyment, miłość, a może tęsknota za kimś bliskim?

Każdy z przepisów ma swoją fascynującą historię, którą chcę Wam przekazać i oczywiście poprowadzić w świat przygotowania deserów, aby poznać ich smak.